sobota, 3 stycznia 2015

Niedotknięci


Ludzie czasem zadają mi pytania, ja czasem odpowiadam prostolinijnie. W zasadzie zawsze tak odpowiadam. Często są to pytania dość osobiste, więc równie często odpowiedzi bywają niezbyt wesołe. I czasem zapada milczenie. Głucha cisza (bądź brak falujących kropek na fb). I nagła zmiana tematu. Totalnie znikąd, bez sensu, nielogicznie. Odczuwam wtedy dyskomfort. Czuję się dziwnie, bo przecież przed chwilą powiedziałam Ci coś WAŻNEGO. To znaczy, że chcę nawiązać normalną, naturalną szczerą konwersację. A Ty.. ?

Generalnie często spotykam się z nieumiejętnością rozmawiania na tematy trudniejsze niż te najbardziej trywialne, ogólne, gdzie odpowiedź zawsze mamy przygotowaną gdzieś z tyłu głowy.Wtedy wydaje mi się, że gdzieś w życiu tych ludzi, co to ten problem mają, gdzieś na w sferze wychowania poszło coś nie tak. Czegoś zabrakło.

Wiadomo, że ludzie wychowani we względnie normalnych warunkach rodzinnych nie mieli styczności z problemami różnego rodzaju, by w praktyce nauczyć się sobie z nimi radzić, co za tym idzie rozmawiać o nich. I czasem słyszę dialogi typu :

- Jadę z rodzicami na wakacje na Teneryfę.
- Noo świetnie.
- A Ty?
- Nie wiem. Moi są po rozwodzie i nadal nie mogą się dogadać kto i gdzie mnie zabiera i jak to w ogóle będzie.
- Aaa... (kilka sekund ciszy). A ten sprawdzian to mamy w końcu jutro czy za tydzień?

Jakby nie można było normalnie powiedzieć „Uu tonie ciekawie brachu!” No cokolwiek, cokolwiek co oznaczałoby, ze przyjąłeś i ogarniasz. To taka wersja szkolna. Ale osobiście słyszałam też wersję bardziej poważną, bardziej przykrą i bardziej żałosną, bo dotyczyła śmierci członka rodziny. Fryzjer rodzinny zapytał nieopacznie o osobę, która odeszła. Gdy dotarła do niego ta informacja najpierw zrobił się blady, potem czerwony, potem szybko przeprosił i zaczął rechotać nerwowo poruszając jakiś inny banalny temat pogodowy.

No straszne to jest po prostu. Obnaża nasze człowieczeństwo, świat, w którym nie ma miejsca na niepowodzenie, realia, w których ukrywa się sprawy niewygodne, a w konsekwencji staja się one paralizatorem ludzkiego zachowania.

I najgorsze jest to, że dochodzi do tego, że także te mniejsze niepowodzenia, o których chcemy komuś normalnie powiedzieć są odrzucane. Bo nikt nie chce tego słuchać, albo czuje się z tym niewygodnie. Gdzie więc jest miejsce na te niewygodne tematy? Na normalne człowieczeństwo. Przecież każdego dnia ogromna liczna osób się rozstaje, umiera, kłóci, przegrywa wielką kasę, odchodzi o zostawia swoje dzieci.. Dlaczego co raz mniej jest w nas umiejętności rozmawiania? Przyjmowania tego co złe? Szacunku do osoby, która powierza nam swoje problemy?

Świat udaje. Udaje co raz bardziej. Media coraz intensywniej kreują świat, który nie istnieje i oto mamy pustynię empatii, współczucia, a przede wszystkim CHĘCI zrozumienia. Konsumpcja. Bierzemy to co dobre, odsuwamy się od tych, u których dzieje się źle.

A popyt na psychospecjalistów rośnie, bo ostatecznie tylko na kozetce, możemy przyznać się, że coś poszło nie tak.


piątek, 12 grudnia 2014

Toksyna poszukiwana



Zostawiła kolejnego faceta. Najpierw płakała. Potem tęskniła. Ale wiedziała, że nie ma powrotu. Bo powrót to toksyna. I zadała sobie pytanie : czy toksyny da się uniknąć? 

Powtarzamy schematy. Przerysowujemy relacje. Rysujemy krąg z tego co nam przekazali. Oni – rodzice. Jedni z nas sobie zdają z tego sprawę, inni – nigdy. Bez względu na to, czy skutek jest pozytywny czy nie, czy dany model był dobry, czy wadliwy, czy poprostu do niczego – kopiujemy. Dlaczego? Między innymi dlatego, że chcemy ZROZUMIENIA. Oczywiście tych powodów jest wiecej, jednak potrzeba bycia zrozumianym wydaje się być najbardziej niewinnym z nich.

Powtarzamy schematy, bo nie wyobrażamy sobie bliskiej relacji z kimś, kto nas nie zrozumie. A nikt nie może zrozumieć, jeśli nie doświadczył czegoś, co jest choć podobne do tego co ma zrozumieć. Dlatego ludzi, tak często łączy cierpienie. Zjednoczenie w bólu. 

Bo jak ktoś nie rozumie, to nie potraktuje poważnie. Nie będzie wiedział, jak straszne to było, jak nam z tym źle. Nie będzie umiał w tym funkcjonować. A przede wszystkim nawet odpowiedzieć. Problem polega na tym, że jeśli rozumie, czyli przeżył to, czyli teoretycznie sie nadaje to ostatecznie okazuje się, że właśnie dlatego się nie nadaje. Bo przejął te same reakcje, zachowania i tendencje wraz z doświadczeniami. 

I tak dzieci alkoholików, tworzą rodziny z problemem alkoholowym, dorośli wychowani w bezemocjonalnych relacjach rodzinnych powielają kwestię z innymi niedostępnymi emocjonalnie. Patologia mnoży patologię. A więc jak wyrwać się z kręgu? Czy da się odmówić sobie zrozumienia? Czy możńa stworzyć coś bliskiego z kimś kto jest zupełnie inny? Kimś, kto nie doświadczył tego co my i będzie patrzył na nas z tym znakiem zapytania w oczach?

Każdy z nas chyba wie, jak pasjonujące jest zrozumienie, Zrozumienie przesłania i wartosci muzyki jakiej słuchasz, literatury jaką kochasz, miejsc, które Cię zachwyciły, idei, którymi się kierujesz, filozofii, którą wyznajesz.. To zrozumienie widziane w oczach drugiej osoby jest bezcenne. Przyciąga, skleja i łączy. Niestety, bywa też, że gubi.. bo emocje też, a może przede wszystkim muszą być zrozumiane. I tak działa też przyjaźń, nie tylko relacja partnerska. Tylko, że ta druga okazuje się być znacznie bardziej problematyczna. 

Czy da się.. ?

Na pewno warto próbować. Uświadomienie sobie tego wewnętrznego systemu, to już szansa na zmianę.

poniedziałek, 27 października 2014

Samopomoc

źródło : http://myslenkyasny.blogspot.com/
 Musimy pomagać sami sobie. Nie wzajemnie (choć to też). Sami dla siebie. Bo tylko my sami, wiemy tak na prawdę jak możemy sobie pomóc. Problem polega na tym, że zazwyczaj nie potrafimy tego dostrzec.


Jesteśmy zaślepieni pryzmatem swoich doświadczeń emocjonalnych. Zapadamy się w sobie, skupiamy na odczuciach. Utożsamiamy z nimi. Jednocześnie co raz bardziej odchodząc od samych siebie. Tracimy świeże spojrzenie. Tak się dzieje gdy jest coś nie tak – gdy skończy się związek, czujemy samotność, w życiu nam nie idzie, nie możemy znaleźć pracy, nie mamy poczucia własnej skuteczności a to co sobie założyliśmy, pomimo skrupulatnego planu realizacji celu, nie powiodło się.

 Skupiając się na tych negatywnych emocjach i cierpieniu, przestajemy się sobą opiekować. A jako dorośli ludzie – musimy. Powinniśmy. Wtedy uruchamia się wewnętrzne „dziecko”, które potrzebuje matczynej opieki. Chce mieć prawo wypłakać się, wyżalić, poprostu ponarzekać, wykrzyczeć, odreagować. Chce być pogłaskanym. Ale dziećmi, już nie jesteśmy.

Stan depresyjny jest takim przykładem sytuacji gdy nie mamy sił sobie pomóc. Odczuwana jest wszechogarniająca beznadzieja i fizyczna ciężkość. Pocieszenia nie działają. Usilne wyciąganie na imprezy, do towarzystwa, co by się rozerwać, zapomnieć – nie mają racji bytu. Nie są skuteczne. I nie będą. Bo problem, nie leży w tym, że to świat się popsuł. Leży głęboko w środku nas i tylko my możemy go zidentyfikować, skonfrontować i rozwiązać. Bez autoinicjatywy nie mamy szans. 

Często potrzebujemy pomocy w samopomaganiu. Zazwyczaj jest wskazana, a często konieczna. Tutaj mowa o życzliwych przyjaciołach, troskliwej rodzinie, fachowym psychoterapeucie lub kompetentnym lekarzu. Ich pomoc w samopomaganiu, może się okazać niezastąpiona. Bo jesteśmy ludźmi – potrzebujemy wzajemnego wsparcia. Samopomocą jest zatem m.in decyzja o udaniu się po asystę.

Jak się więc pogłaskać? A może nie tylko pogłaskać, może czasem przywołać do porządku, czasem zganić za brak konsekwencji.

Chodzi o spojrzenie na siebie z pewnego dystansu. O potraktowanie siebie jako osoby wartej opieki. Wartej zachodu. Czasem trzeba odpowiedzieć sobie na kilka prostych pytań, chociażby o to, co teraz gdy mam zły nastrój poprawi mi samopoczucie? Co sprawi, że nie będę aż tak bardzo odczuwał samotności? Co da się zrobić żeby było lepiej? Czasem chodzi o zrobienie sobie dobrej herbaty z cytryną, chwile odpoczynku, wyjście do kina ze znajomymi. Nie doceniamy prostych możliwości. 

Warunkiem koniecznym by być skutecznym jest zdystansowanie się do swoich emocji. One są, były, będą. Płyną razem z czasem, zostawiają ślad, znikają, czasem wracają. Są zmienne. I my też, my sami możemy je zmieniać. 

Zostaw emocję, pomyśl : co mogę dla siebie teraz zrobić? W tej konkretnej sytuacji. Teraz, z tym jak jest dziś. I kto lub co może mnie w tym wesprzeć.  Zmiany przyjdą same.

Polecam samogłaskanie.

środa, 3 września 2014

NIE WYCHYLAJ SIĘ...

...mówią rodzice. Bądź pokorny – proszą dziadkowie.

Czy to aby na pewno zadziała w dzisiejszym świecie?
http://vlep.pl/img/qbs4f8.jpg
fot. bigthink.com
Mijające pokolenia mają to do siebie, że nie zauważają płynącego czasu, tego jak zmienia się świat i rzeczywistość. Sądzą że to, co było korzystne w „ich czasach” będzie takie samo dla obecnie – młodych ludzi, którzy startują w samodzielne życie.
Mówię oczywiście o większości przedstawicieli starszego pokolenia, zdarzają się przecież Ci z otwartym umysłem, Ci bez klapek na oczach w postaci własnych doświadczeń, w minionym czasie, w przeszłości.

Może rzeczywiści kiedyś więcej zyskiwało się na postawie biernej, nie wychylającej się przed szereg.
Może, chociaż wątpię. Nasze pokolenie ludzi młodych, ma raczej tendencję do wysokich oczekiwań – co nagminnie potępiane jest przez ludzi starszych. Oni pamiętają wojnę, oni pamiętają komunę.. czasy kiedy rzeczywiście trzeba było cieszyć się z kromki chleba, ale też praca była dla tych, którzy chcieli pracować. Można powiedzieć, że wysokie oczekiwania rzeczywiście nie były wskazane. A nawet mogły być powodem depresji.

Ale dziś? Czy w dzisiejszym świecie niskie oczekiwania, a zatem ambicje, rzeczywiście umożliwią nam dobry start, dobry kierunek? Czy będąc mało ambitnymi ludźmi, których zadowoli produkt z najniższej półki spełnimy oczekiwania pracodawców?

Nie. Bo pracownik z niskimi oczekiwaniami od życia to pracownik mało zmotywowany do pracy, do zarabiania pieniędzy i rozwoju. Dzisiejszy świat to świat błyskawicznie przesyłanych informacji, świat dynamicznie rozwijających się korporacji, świat w którym należy rywalizować, bo oczekiwania są wysokie. Jeśli sami nie postawimy sobie wysoko poprzeczki, jeśli sami nie będziemy chcieli osiągać sukcesów, to motywacja to działania nie pozwoli nam być wystarczająco produktywnymi ludźmi, jak na dzisiejsze czasy. Nie będziemy chcieli rywalizować, bo po co?

Dziś nie ma czasu na słabości, co raz więcej ludzi potrzebuje systematycznego wsparcia terapeuty, bo psychika nie nadąża za wymaganiami. Praca staje się priorytetem, a zatem, czy dziś w ogóle, mamy prawo do niskich oczekiwań? Raczej nie. Raczej musimy być ambitni i wytrwali – i tutaj można by ponarzekać na słabość naszego pokolenia – niecierpliwość. Nie mniej jednak wysokie oczekiwania i ambicje, uważam za jak najbardziej adekwatne w stosunku do XXI wieku.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Pozytywny smutek


W dzisiejszych czasach nie życzymy sobie smutku, odbieramy go jako coś jednoznacznie złego. Często chowamy go jak najgłębiej w sobie, albo podświadomie unikamy, za wszelką cenę. Nie znosimy stanu nieszczęścia, nie mamy wystarczająco dużo cierpliwości by go przejść. Jakie są tego konsekwencje?

fot. Paweł Szalak
Smutek jest reakcją na stratę, czegoś, lub kogoś. Częściej kogoś. Nikt nie lubi tracić. Jest to nieznośne uczucie pustki i bezradności, czegoś czego nie możemy już zmienić i zostaje się z tym pogodzić. Co dzieje się gdy nie dopuszczając do siebie smutku, stanu naturalnego, nie przerobimy tej straty sami ze sobą? To często oznacza ciągłe, nieustanne powroty do przeszłości. Coś, czego nie możemy pożegnać, staje się częścią naszego życia, pomimo, że realnie już nie istnieje.

I wtedy smutek, który byłby naturalny i przejściowy, zamienia się w stan depresyjny. Oznacza często nieświadome uciekanie się do świata wewnętrznego, uciekanie od rzeczywistości, natrętne myśli, melancholię, bez końca zadawane pytanie „dlaczego?” które pozostaje bez odpowiedzi. To wszystko to próba sprzeciwu wobec tego co się stało. Doprowadza do zatracenia się w sobie.


Jak zatem smutek powinien być wykorzystany? Przede wszystkim, zawsze należy podkreślać, że nie ma czegoś takiego jak uczucia negatywne. Każde z nich są nam potrzebne, czasem okazują się jednak na tyle nieprzyjemne, że nie potrafimy sobie z nimi poradzić. Jednak bez nich, nie moglibyśmy żyć prawdziwie. Jeśli doznajemy smutku, nie należy z nim usilnie walczyć, wręcz przeciwnie, przyjąć go, znieść, zaakceptować, że taka już jest, że jeśli doświadczamy czegoś wyjątkowego, to utrata będzie wyjątkowo bolesna. Przyjąć coś nieprzyjemnego nie jest łatwo, jednak warto, po to by przygotować się na coś, co przyniesie przyszłość.

K.

piątek, 30 maja 2014

Świat zawalił mi się już jakieś 50 razy




Kilka razy w dzieciństwie. Potem, jak miałam 16 lat zerwał ze mną pierwszy chłopak (po 5 miesiącach chodzenia). Potem była wielka miłość i zawalił się po raz kolejny. Tu zdrada, tam oszustwo. Później były wielkie nadzieje na duże zmiany. A tu znów pech, tu zły wybór, tam chwila zapomnienia. No i przyjaciel, kiedy zawiódł przyjaciel, świat na chwilę zamarł. Ale okazało się, że kiedy szala się przeleje, świat przestaje się zawalać. 


Może na tym polega dorosłość? Na tym, że coś strasznego, nie jest już wcale straszne. Jest do przeżycia, do zaakceptowania. Wiesz już, że nawet jak będziesz tupać nogą i obrażać się na wszystko i wszystkich dookoła, nic i tak się nie zmieni. Chociaż nie, zmieni, ale nie tak jak byś tego chciał.

Czy ta dorosłość nie wiąże się aby z utratą wrażliwości? Empatii, przeżywania, zaangażowania? Wydaje się, że właśnie tak jest. A nawet jeśli zachowujemy jakąś partię wrażliwości, co by pozostać człowiekiem, to wracamy do niej w jakiś dziwny sposób, najczęściej zamykając się w sobie. Dorosłość wymaga zaciskania zębów. Przeżywania bólu, rozpaczy, powstawania by iść na przód, dalej, pomimo.

No i wszystko byłoby ok gdyby...gdyby nie było w życiu wielu sytuacji, w których potrzebujemy wrażliwości. Na przykład po to, by aktywnie w pełni przeżywać radość. Po to, by widzieć w drugim człowieku coś co sprawia, że warto mu zaufać. Czasem naiwinie, jak dziecko.

Jak świat zawali się 50 razy to można już nie mieć sił na wrażliwość. Na znoszenie jej konsekwencji. Na podejmowanie ciągłych wyzwań, w które angażujemy się całym sobą. Łapie się dystans. Dystans dzielący nas w takim samym stopniu od tego co niebezpieczne, jak i od tego co dobre. I kiedy zastanawiamy się czy zrobić krok, czy może już, albo jeszcze nie, czy warto.. czas ucieka, czas na przeżywanie, ufanie, kochanie.  

Ta ‘rozprawka’ nie ma odpowiedzi. Raczej pozostaje do rozstrzygnięcia w każdym z nas. To, co jednak wydaje się być faktem obiektywnym, to to, że lepiej ponieść klęskę, mając przez jakiś czas nadzieję, niż z poczuciem nieuchronnej klęski przeżyć całe życie. Z pewnością, ciężkie życie.